poniedziałek, 1 sierpnia 2011

O moich autorytetach

Witajcie,

Autorytety na świecie upadają, odchodzą albo dzieje się i jedno, i drugie. Podnoszą się głosy, że to nie dobrze, że nie ma już nikogo, na kim można by się wzorować, bo to co jest opanowała miernota. Nie ma nikogo w stronę kogo można by się zwracać z zapytaniem: co robić? Co dalej? 

Autorytetów w życiu miałem niezbyt wielu, ale ci co byli odcisnęli na mnie swoje piętno, wpłynęli na ścieżki mojego rozwoju w sposób jednoznacznie pozytywny. Myślę, że zawsze traktowałem ich trochę instrumentalnie, wiedziałem, że w jakimś aspekcie są ode mnie lepsi, mają coś, co ja też chciałbym mieć, a kiedy dochodziłem do przekonania, że już to mam - upadali w moich oczach. Zawsze ich szukałem w ludziach, w zdarzeniach i rzeczywiście nie jest to obecnie zadanie łatwe. 

Szukałem również wśród tych, którzy mienią się tytułem: nauczyciel duchowy. Po bliższym poznaniu, po odebraniu kilku sygnałów zwrotnych wielokrotnie następował mój zawód. Okazuje się, że - tak jak wszędzie - tak i tu potrafi dominować konkurencja, prywatne interesy, niekoniecznie dobre emocje i nieadekwatne podejście. Niewielu jest tak naprawdę ludzi, na których warto się wzorować, ale czy w ogóle warto? Tak, jeśli dostrzegamy w nich to, czego nam brakuje; jeśli intryguje nas jak osiągnęli to, co osiągnęli. Warto wówczas z nimi po prostu porozmawiać i bez wstępów pytać o sedno. 

Jakiś czas temu przechodziłem swoisty kryzys. Tak bardzo przyzwyczaiłem się do wzorowania na kimś, że coraz trudniej było znaleźć kogoś, kto spełniałby moje wymagania. Kogoś, kto miałby to czego ja szukam. I to nawet nie chodzi o to, żeby być idealnym, ale przynajmniej żeby w prawości, bez złych emocji wieść życie i na tej podstawie odnosić sukcesy. Chciałem wiedzieć jak to można zrobić, żeby omijać pułapki w postaci niezbyt szczęśliwych prawd pt.: "żeby do czegoś dojść trzeba mieć plecy" itd.

Ostateczny wniosek z tych nieudanych poszukiwań jest taki, że samemu postanowiłem sobie udowodnić, że bez takich prawd można się mieć w życiu całkiem nieźle. Jeśli nadarza się "okazja", która mogłaby mnie uczynić "złodziejem" - po prostu odwracam się i nie chcę mieć z tym nic do czynienia. Szukam wówczas swojego szczęścia gdzie indziej. Mogę już teraz powiedzieć, że takie podejście nigdy nie wprowadziło mnie na manowce. Raczej z nich wyprowadziło, zanim potencjalnie było za późno.

W tym momencie pojawił się zaświat i energie reprezentujące sobą takie pułapy, że można tylko pomarzyć (?). Znalazłem nowe autorytety, kiedy straciłem już nadzieję... ale słyszę teraz niemal w uchu zastrzeżenie, że to nie są tak rozumiane autorytety, jak to się zwykle przyjmuje. 

To inspiratorzy pozytywnych przemian, którzy sobą udowodnili pewne prawdy i chcą się nimi dzielić. Nie ingerują w myślenie, przestrzeń człowieka tak drastycznie jak autorytety ziemskie, choć - paradoksalnie - mają największe do tego predyspozycje. Nie robią tego, czym pokazują znaczenie pokory. Nie jest sztuką zakrzyczeć i wmówić co jest lepsze. Sztuką jest tak zainspirować, by człowiek to wszystko sam z siebie potrafił wyłuskać.

Czy szukam jeszcze autorytetów wśród ludzi? Nie, bo potrafię sam przemawiać swoim głosem, również temu wewnętrznemu daję swobodę wypowiadania się. Zamieniłem potrzebę dyktowania mi co i jak mam robić na myśli, które swobodnie poddaję własnej interpretacji; które starannie przymierzam do swojej sytuacji patrząc, czy pasują.

I wiecie co? Wiele prostych mądrości bardzo prostych ludzi, nie tylko energii, spełnia to zadanie doskonale.

Tomek

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz